choć goni nas czas

Dziś będzie z grubej rury, bo stęskniłam się za pisaniem dla OZ. Nie było mnie dawno tutaj, więc pomyślałam, że come back musi być mocny i z werwą! Będzie więc eksplozja wiedzy, nowości i odsłona pierwszej tajemnicy sukcesu – wszystko w pigułce i po polsku, żeby jeszcze było szybko i łatwo. Chcecie? Lubicie?


Trafiliście pod zły adres, bo dziś tylko was brzydko podpuszczam! Chciałam żebyście zaglądnęli i… zostali.

Chciałam, żebyście zrobili sobie teraz przerwę w pracy, zasiedli z ulubioną kawą i poświęcili sobie 4 minuty. Tak sobie.
Nie znamy się, a może Ty czytałeś mnie kiedyś tu czy tam – jeśli tak to fajnie, cieszę się! Coś tam o mnie już wiesz, więc jeden zero dla Ciebie, ale nie stresuje mnie ten fakt, bo ja mam inną tajemną wiedzę na Twój temat – założę się, że mamy ze sobą wspólny punkt…
Ja wiecznie coś robię, pewnie podobnie  jak Ty.
Spieszę się do pracy rano, spieszę się do pracy popołudniu, bardzo spieszę się do mojego dziecka pomiędzy.
Jem w locie, odpoczywam sprzątając w domu, relaksem jest mycie okien i szorowanie łazienki – wow, w końcu mam chwilę na siebie!
Nie, nie to żebym siebie zaniedbywała, szafa jest ok, wisi w niej dużo świetnych rzeczy, ale najłatwiej rano w amoku sięgnąć po te, które są pewniakami gdy zaśpisz i nie masz czasu na przymiarki, włosy po fryzjerze, choć zawsze zamawiam fryzurę –„rozczesać i poczekać aż wyschną“ na inne nie mam czasu.
Manikiry i pedikiry konieczne, ale robię je o północy, tak samo maseczki odmładzające – ciekawe jak długo będą radzić sobie z zarwanymi nocami?
I lubię pisać. Oczywiście, ale kiedy ostatnio pisałam tutaj? Chyba nie tak dawno. Czy to było jakoś przedwczoraj? Nie?! W zimie? A jaki mamy miesiąc? Serio czerwiec?!
Tak się spieszyłam, że zgubiłam maj, a kwiecień to już całkiem nie wiem kiedy był.
Tylko za czym ja tak szybko biegłam, że nie pamiętam ostatnich tygodni?
Poniedziałek-piątek-poniedziałek-piątek…
Kilkanaście dni temu oglądałam film pt. „Choć goni nas czas“ – dwóch mężczyzn poznaje się w szpitalu zaraz po usłyszeniu diagnozy – nowotwór złośliwy. Postanawiają razem odbyć podróż życia, i taką dosłowną i metafizyczną. Robią listę rzeczy do spełnienia przed śmiercią i jak to w amerykańskich filmach sen się powoli spełnia. Historia może nie najwyższych lotów, ale fenomenalni Jack Nicholson i Morgan Freeman sprawiają, że historia o umieraniu staje się i zabawna, i wzruszająca. I co lubię – daje do myślenia.
Po pierwsze, babo jedna (to do siebie gadam!), po co się tak spieszysz? Na końcu na wszystkich i tak jedno czeka, więc po jaką cholerę gubisz po drodze maj i kwiecień?
Czy ktoś mi je odda? No raczej nie…
Po drugie – gdzie jest Twój plan rzeczy do spełnienia?
Ty też nie masz prawda? Kiedy go zrobisz? Myślisz, że wtedy jak Ci zostanie pół roku życia?
Na co czekamy? Na ten dzień gdy lekarz wręczy bilet w jedną stronę? Czy myślisz, że wtedy będzie dobry moment na taką listę? A może wtedy lepiej będzie zostać w domu i nadrobić tą gonitwę?

Wybacz, że Ci to wszystko piszę, nie chcę cię straszyć wizją śmierci.
Oczywiście, że umrzesz, tak jak ja, ale może zanim, to nauczmy się żyć.
ŻYĆ!
Nie gonić, załatwiać po łebkach, być w trzech miejscach naraz, a zwyczajnie pospać, posiedzieć, odpuścić, wyluzować, machnąć ręką, zawalić nawet, spóźnić się, pośmiać z własnego upadku.
Pięknie byłoby co?
Zrób sobie DZIŚ, proszę, dzień lenia.
Nie pokonuj go, jak pisałam ostatnio, na 5 sposobów, daj mu się przykryć kocem i podrap go za uszami.
Naucz się robić NIC. Wielkie, małe, zajebiste NIC.
Kochaj życie.

(tekst pochodzi z bloga coachingcafe, który prowadzę na stronie na www.osobyzasoby.pl)

woman-570848_960_720

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *