Historia jednej miłości

Poznałam ją 5 lat temu, chwilę przed tym została wdową, miała jakieś 70 lat, wyglądała wciąż pięknie, włosy lśniące, grube, w kolorze ciemnej miedzi starannie spięte w kitkę, zielone figlarne choć trochę smutne oczy otoczone lasem rzęs, zmarszczki prawie niewidoczne, figura młodzieńcza, widać, że ciało jej było w dobrej kondycji, może była to bardziej kwestia odżywiania niż uprawiania sportu, ale mogła pochwalić się gładką skórą z nielicznymi plamkami zdradzającymi wiek nieco bardziej zaawansowany niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Okoliczności naszego spotkania były w zasadzie dosyć tragiczne, leżałyśmy na jednym oddziale- piekielna neurologia, u mnie szukali przyczyny pewnych zmian, u niej właśnie zdiagnozowali guza mózgu. Być może ta sala szpitalna i cała atmosfera miejsca spowodowała, że Ona postanowiła się zwierzyć. Opowiadała o swoich dzieciach- dorosłych już, synu prawniku i córce mieszkającej w Stanach, o mężu, z którym spędziła życie od liceum, o ich przywiązaniu do siebie, budowaniu rodziny, walce z chorobą – dwa lata wcześniej dowiedział się, że ma czwarte stadium raka, polegli na polu bitwy, a ona od kilkunastu tygodni uczy się żyć bez niego. Opowiadała i w pewnym momencie rozpłakała się… Wzięła głęboki oddech i powiedziała, że najbardziej przerażające jest dla niej to, że może Ona sama może nie dożyć aby spotkać znów Jego…

Poznali się-jak ładnie określiła- za późno by móc się skosztować i porzucić dotychczasowe życie, to była miłość od pierwszego wejrzenia, byli dorośli, zaangażowani w inne związki, ale motyle które pojawiły się w brzuchu powodowały bezsenne noce, utratę apetytu, potem jak bąbelki w szampanie – spotkania, podczas których miękły nogi, muśnięcie dłonią dłoni, niby niechcący, niby nic. Było trochę jakby mieli po piętnaście lat, nie wyznawali sobie nic, ale jednak wszystko wisiało w powietrzu. Potem Ona urodziła dziecko, On na kilka lat wyemigrował z kraju, zaręczył się…Życie się toczyło, na świecie pojawiło się drugie dziecko i wtedy On wrócił. Wysłał telegram, że musi Ją zobaczyć. Kilka lat rozłąki, dzieci ukochane…i nic się nie zmieniło – jedno spojrzenie w oczy i wiedzieli, że są dwoma połówkami tego samego jabłka. On wyznał, że wrócił, bo tamta dziewczyna była tylko ucieczką od Niej, a On tak dłużej nie chce, nie potrafi…Mieszkali w jednym mieście i spotykali od czasu do czasu, Ona nigdy nie zdecydowała się opuścić męża, choć jak mówiła nie miała wątpliwości, że ta decyzja to był strach przed środowiskiem, to dzieci, to moralność, przysięga, ale serce pękało… On był za dużym dżentelmenem aby naciskać na nią i w końcu obydwoje mocno zmęczeni trwaniem w związku –niezwiązku postanowili się definitywnie rozstać…aby jednak wrócić do siebie po latach…jak okoliczności pozwolą…

Ona ze smutkiem w oczach powiedziała, że naprawdę kochała swojego męża za całokształt, ale to wspomnienie ust Jego gorliwych było pierwszą jej myślą kiedy znalazła się sama w domu po pogrzebie … Dniami i nocami myślała jak się do niego odezwać i czy w ogóle…Wiedziała, że w końcu znalazł sobie kogoś, ożenił, wyjechali na wieś-on zawsze miał słabość do ziemi…ale też jest już wdowcem…a teraz Ona ma guza, a diagnoza jest taka, że niewiadomo czy przeżyje operacje, a jeśli to w jakim stanie będzie…

Kiedy mnie wypisywali do domu, Ona miała przed sobą jeszcze długi pobyt…Wielokrotnie wracałam myślami do tej pięknej kobiety i jej historii, napełniała mnie ona smutkiem z tego samego powodu co ją wtedy. Kilka tygodni temu w moje ręce wpadł nekrolog w gazecie lokalnej. Pogrążony w smutku On napisał, że tracił ją już tyle razy, że wie, że niebawem znów Ją spotka. Miłość nigdy nie umiera.

Nie wiem czy ostatnie lata spędzili razem, nie wiem co wydarzyło się po moim wtedy powrocie do domu, ale chyba chciałabym wierzyć, że to był prawdziwie piękny czas. Ich czas.

Czy człowiek ma prawo do miłości mając już swój bagaż? Czy lepiej być moralnie nieskazitelnym czy wyklętym, ale szczęśliwym? Ile takich historii tyle różnych zakończeń, a każda ważna, jedyna i „inna niż wszystkie”…

Może jeszcze kiedyś jakąś opowiem…

Obrazek

 

 

 

 

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *